Mam taką cechę, której nie jestem specjalnie dumny – potrafię się uprzeć. Kiedy coś utkwi mi w głowie, nie odpuszczam, nawet jeśli wszyscy wokół mówią, żeby dać sobie spokój. Żona twierdzi, że to przez to, że jestem spod znaku Byka. Ja myślę, że po prostu nie lubię przegrywać. Nawet w głupie gry planszowe z bratankiem potrafię się nakręcić jakby szło o życie.
No i ta moja cecha, która zwykle bywa wadą, tym razem okazała się kluczem do czegoś, czego w ogóle się nie spodziewałem.
Historia zaczyna się w środę. Zwykłą, szarą środę, po której nie zapowiadało się nic dobrego. Pracuję jako monter instalacji fotowoltaicznych – jeżdżę po całej Polsce, czasem śpię w busie, czasem w tanich hotelach. W tamtym tygodniu byłem gdzieś pod Lublinem. Miałem zamontować panele na dachu starej stodoły, ale nagle zrobiło się zimno, zaczął wiać wiatr i kierownik budowy powiedział: ,,Zwijamy się, jedziemy do domu". Do domu? Moje mieszkanie było czterysta kilometrów stąd. A w busie miałem pół baku paliwa i dwa jabłka.
Zadzwoniłem do żony. Powiedziała, że jeśli mam wracać, to ostrożnie, bo na drogach ślisko. Po godzinie jazdy zatrzymałem się na jakimś prowincjonalnym postoju. Zmarznięty, wkurzony, głodny. Wszedłem do środka, kupiłem kawę z ekspresu i hot-doga, który wyglądał jakby czekał na klienta od wczoraj. Usiadłem przy stoliku. Włączyłem telefon.
Sieć była słaba. Prawie zerowa. Próbowałem odpalić Facebooka – nie działał. YouTube – kręciło się wiecznie. Nawet mapy się nie chciały załadować. Pomyślałem, że to kwestia zasięgu. Ale potem spróbowałem wejść na jedną stronę, którą znajomy polecił tydzień temu – jakieś kasyno online, mówił, że ma dobre promocje. I tu pojawił się problem. Strona nie chciała się otworzyć. Blokada. Domena zablokowana przez dostawcę, zdarza się.
Byłem już tak sfrustrowany tym dniem, że postanowiłem – nie odpuszczę. Znalazłem na jakimś forum wpis, w którym ktoś pisał, że jeśli strona nie działa, trzeba znaleźć ,,lustro". Serio, lustro. Brzmiało jak jakieś zaklęcie. Ale facet podał link. Skopiowałem, wkleiłem w przeglądarkę.
I nagle wszystko działało. Szybko, płynnie, bez żadnych problemów. To był mój pierwszy kontakt z vavada mirror – choć wtedy nawet nie wiedziałem, co to dokładnie znaczy. Dla mnie to był po prostu działający adres, który uratował mi wieczór na tym parszywym postoju.
Zarejestrowałem się. Zajęło mi to chwilę, bo wiatr trząsł budką, a ja musiałem trzy razy poprawiać hasło. W końcu się udało. Nie wpłacałem od razu własnych pieniędzy – dostałem jakiś bonus powitalny, mały, ale zawsze. Pomyślałem sobie: ,,Piotrek, siedzisz na postoju, za oknem wieje, do domu daleko. Lepiej to niż oglądanie tego samego filmiku z kotem po raz piąty".
Zacząłem od prostych slotów. Nic wymyślnego. Owoce, gwiazdki, takie tam. Grałem jak automat – klik, klik, klik. Nie myślałem o strategii. Nie miałem żadnego planu. Chciałem tylko zabić czas i trochę się odstresować po tym gównianym dniu. Po godzinie miałem na koncie może 50 złotych wygrane, potem stracone, znowu wygrane. Nuda.
Ale potem zmieniłem grę. Wybrałem jakiś nowy slot – statek kosmiczny, lasery, takie bajery. Nie wiem, co mną kierowało. Może znudzenie. Może to, że herbata z ekspresu była tak paskudna, że wolałem skupić się na czymś innym. I wtedy, dosłownie po piętnastu minutach, trafiłem.
Nie pamiętam dokładnie sekwencji. Pamiętam tylko, że na ekranie pojawiło się okno z napisem: ,,WYGRANA – 3 200 PLN". Przetarłem oczy. Sprawdziłem historię. Tak, zgadzało się. Siedziałem na tym plastikowym krześle, z zimnym hot-dogiem w ręku, i czułem, jakbym dostał obuchem w głowę – w pozytywnym sensie. Moje pierwsze myśli? ,,Kurczę, teraz trzeba to wypłacić, zanim kasyno się rozmyśli". Ale to nie było uczciwe myślenie. Kasyno działało normalnie.
Przez kolejną godzinę dokończyłem hot-doga i sprawdzałem warunki wypłaty. Wszystko było w porządku. Bonus, który odebrałem, miał normalne wymagania. Nie ukrywam, że przez chwilę myślałem, żeby zaryzykować i pograć dalej – może uda się podwoić? Ale wtedy przypomniałem sobie, co żona zawsze mówi: ,,Nie rozdrabniaj się, jak coś masz, to bierz i uciekaj".
Posłuchałem jej. Nawet o tym nie wiedząc.
Wypłaciłem 2800 złotych (reszta poszła na obrót). Pieniądze przyszły następnego dnia. Dotarłem do domu wieczorem, zmęczony jak pies, ale z uśmiechem od ucha do ucha. Żona zapytała, czego się tak cieszę. Powiedziałem: ,,Pamiętasz ten nowy piekarnik, który chciałaś?". Popatrzyła na mnie zdziwiona. ,,No, ale jest za drogi, mówiliśmy to już". Wyciągnąłem telefon, pokazałem przelew. ,,Już nie jest".
Kupiła piekarnik następnego dnia. Z termoobiegiem, programatorem i w ogóle. Wieczorem upiekła ciasto, żeby go przetestować. Siedzieliśmy w kuchni, jedliśmy ciepłą szarlotkę, śmialiśmy się z tego, jak przez przypadek, na parszywym postoju pod Lublinem, trafiłem na działające vavada mirror (https://geraldinedaulon.com) i wygrałem dokładnie tyle, ile brakowało do wymarzonego sprzętu.
Dziś gram rzadko. Ale nauczyłem się jednej rzeczy – jak już wchodzę, to zawsze sprawdzam, czy mam dostęp do alternatywnych adresów. Zapisuję je w notatniku, żeby w razie czego nie szukać po omacku. Nie dlatego, że bez nich nie można grać. Dlatego, że historia z postoju pokazała mi, jak frustrujące jest, gdy coś nie działa, a ty masz akurat dobry moment i dobry nastrój.
I wiecie co? Ta wygrana nie zmieniła mojego życia. Nie rzuciłem pracy. Nie kupiłem jachtu. Ale kupiłem żonie piekarnik. A to, jak się ucieszyła, było warte więcej niż jakiekolwiek pieniądze. Czasem wystarczy jeden działający link, jedna chwila, jeden upór. No i odrobina szczęścia, które nie zaszkodzi.